O człowieku, któremu z Panem Bogiem było po drodze
(dla ks. Waldemara)
Iksiński mieszkał w małym domku, w którym zresztą jego rodzina mieszkała od pokoleń. Można by rzec, iż od czasów Adama i Ewy Iksińscy mieszkali sobie spokojnie w swojej chatynce, nie wadząc nikomu. I nie wadząc się z nikim. Prowadzili spokojne i ciche życie, którego częścią najważniejszą była modlitwa w starym kościele, zbudowanym kilkaset metrów od siedziby Iksińskich. Oddaleni o rzut kamienia od kościoła, Iksińscy stali się „sąsiadami” Boga i nieustannie nawiedzali świątynię, aby stawać z modlitwą przed obliczem Najwyższego.
Tak było przez wieki, ale wszystko zmieniło się w ostatnich latach. Młody Iksiński, który jako dziecko ciągle biegał do kościoła, był nawet ministrantem, ku wzruszeniu swoich ciotek, powoli przestawał być „młody” oraz stopniowo porzucał swoją dawną gorliwość religijną. Mieszkając tak blisko kościoła, w swoim wnętrzu był od Pana Boga daleko. Niczym w znanym porzekadle: pod latarnią najciemniej, nasz bohater, który codziennie miał z Panem Bogiem po drodze, uznał, że do prawdziwie szczęśliwego życia wiara nie jest wcale potrzebna.
Aż nadszedł kolejny wrześniowy dzień, w którym… lunęło jak z cebra. Iksiński, wracając z pracy, z niepokojem rozejrzał się wkoło, znikąd schronienia, więc… niczym w zamierzchłych latach swojej ministrantury, czmychnął do kościoła. Ale jak uczy przysłowie, zdarza się, iż człowiek trafia z deszczu pod rynnę, tak nasz eks-ministrant, konsekwentnie unikający wiary i modlitwy, trafił do wnętrza kościoła, który tonął… w półmroku.
Dopiero po pewnym czasie Iksiński dostrzegł staruszka, który modlił się powtarzając kolejne „Zdrowaśki”. Staruszek wpatrzony w Ukrzyżowanego odmawiał różaniec. Odmawia tajemnice bolesne, pomyślał Iksiński, a właściwie to jakiś głos wypowiedział te słowa w Iksińskim. Zdezorientowany Iksiński rozejrzał się na prawo i lewo, ale kościół był pusty. Nie licząc oczywiście zanurzonych w półmroku – staruszka i Iksińskiego. Zanurzony w modlitwie staruszek modlił się z żarliwością, całkiem jak Bartolo Longo. Przerażony Iksiński usłyszał wyraźnie „Bartolo Longo”, ale nie wiedział skąd wie o tym włoskim świętym, nikt nigdy nie opowiadał mu o apostole różańca. Nie jest dobrze, jęknął z bólem Iksiński, zaczynam słyszeć głosy. I już miał wybiec z przerażeniem z kościoła, gdy – siedzący z tyłu, dwie ławki za nim – stary ksiądz powtórzył głośniej: Modli się całkiem jak Bartolo Longo!
– A jak modlił się Bartolo Longo? – zapytał zdezorientowany Iksiński.
– Patrzył w zachwycie na wizerunek Ukrzyżowanego – odpowiedział spokojnie ksiądz.
Iksiński z dziwnym niepokojem kiwnął głową, ale wszystko wołało w nim: Uciekaj!, Nie słuchaj!, Ratuj się!, Nie patrz na wizerunek, na ten krzyż!, i już miał wybiec z kościoła, gdy ksiądz rzucił dobrodusznie:
– Trzymaj się – i poczłapał w stronę drzwi.
Ksiądz poczłapał, a Iksiński został. Został w kościele.
Starał się nie patrzeć na wizerunek, na ukrzyżowanego, jednak to było silniejsze niż jego silna-słaba wola. Gapił się na staruszka, który patrzył w zachwycie. Iksiński doskonale znał stan zniechęcenia, wiedział, czym jest zmęczenie, zażenowanie, żałosna pustka wewnętrzna, ale zdumiewający zachwyt, duchowe piękno szlachetnej duszy – jak osiągnąć stan takiej łaski? Patrząc na tego, który trwał w zachwycie (po latach Iksiński powie, że ów staruszek przypomniał mu jego dziadka, który umarł zresztą wiele lat przed urodzeniem Iksińskiego), nasz bohater odkrył coś, co od zawsze nosił w sobie. Wizerunek, na który patrzy ten, który modli się w zachwycie, nie jest symbolem. To żywa Obecność. Zachwycające światło powoli wnika do serca. Radosne Magnificat napełnia nadzieją.
– Trzymaj się – powiedział ksiądz i poczłapał w stronę drzwi. – Dobrze, że wróciłeś, dodał na progu, jakby mówiąc te słowa już tylko do siebie.
Serce Iksińskiego zaczęło mocno bić. Amen, szepnął w stronę Ukrzyżowanego. Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham.
