Brat Nikt powiedział mi, że pisze książkę pt.
Historia człowieka, który nie odmawiał różańca, a potem zaczął odmawiać.
Skoro tak mówi, to widocznie coś w tym musi być…
Oto fragment numer jeden
(dla mniej spostrzegawczych: j-Eden).
NIEPOKÓJ
Iksiński zbudził się wcześniej niż zwykle z dziwacznym niepokojem w sercu. I to był kolejny poranek, któremu towarzyszył ów nieokreślony niepokój. Wszystkiemu winne staruszki, idące przed nim na Brusznię. Spacer na niewielkie wzniesienie zamienił się w milczące uczestnictwo w konwersacji, której temat stanowił różaniec. O co się ludzie modlą? Dlaczego niektórzy się nie modlą? Czym jest modlitwa? I jeszcze o nowennie, która pewno mogła ocalić Pompeje, ale nie ocaliła. I o tajemnicach różańcowych. Że najlepiej to z rana odmawiać. Chociaż godzinki też całkiem niezgorsze.
Iksiński osłuchał się tej różańcowej pogadanki, prowadzonej przez dwie urocze starsze panie (które wcale nie były aż tak stare, być może były w wieku Iksińskiego, ale z pewnością razem miały trochę więcej lat niż on, więc jeśli dwie policzyć jako jedną, to ta jedna byłaby sympatyczną stulatką). Sympatyczną i pobożną.
A nawet pobożną i sympatyczną stulatką, która nieoczekiwanie powiedziała z uśmiechem: A co my tak będziemy gadać i gadać, lepiej pomódlmy się na różańcu! Przyłączy się pan?
